Album wydany przez Bibliotekę Narodową zawiera kilkadziesiąt barwnych reprodukcji rysunków z rękopisu Rzewuskiego, poprzedzonych kilkustronicowym wprowadzeniem traktującym o jego wyprawie sięgającej aż w głąb Nadżdu, napisanym przez Tadeusza Majdę.
Legenda Wacława Rzewuskiego (1785-1831?) wplotła się w historię polskiego romantyzmu tak silnie, że dziś już właściwie nie sposób pamiętać o tym, że prawie wszystko w niej było - według wszelkiego prawdopodobieństwa - zmyśleniem. Rzewuski zapewne wcale nie był emirem "wszystkich Arabów", ani nawet samej tylko konfederacji Anizów. Wątpliwa jest także jego miłosna relacja z ową ekscentryczną angielską damą, zamieszkującą opustoszały klasztor maronicki, która w swoich pamiętnikach zaledwie raz wspomina o spotkaniu z Polakiem. Nic pewnie nie znaczą (chyba, że dla samego ich twórcy) tajemne znaki, słowa i symbole, jakie umieścił na rysunkach ilustrujących jego rękopis. Cała wyprawa w głąb Arabii po konie, jaką odbył w 1817, rozgrywała się gdzieś na pograniczu rzeczywistości i snu, fantazji, może mitomanii. Zapewne zastał kraj w ruinie, wyniszczony przez egipską ekspedycję pod wodzą Ibrahima Paszy, wymierzoną przeciwko wahhabitom. Jednak pozostawione przez niego świadectwo właściwie o tym nie mówi, a Arabia nadal sprawia wrażenie na wpół fantastycznej krainy leżącej poza czasem i poza historią.
Tym niemniej proste, niemal naiwne rysunki z rękopisu znajdującego się w Bibliotece Narodowej mają swoistą aurę autentyzmu. To, co wydaje się na nich nieprawdopodobne, jak nagi młodzian towarzyszący parze Beduinów, miesza się ze zmysłem obserwacji kostiumologicznego detalu czy wnikliwością filologa odnotowującego arabskie nazwy najdrobniejszych szczegółów końskiej anatomii.Bo o konie przede wszystkim tu przecież chodziło. Rzewuski udał się w daleką wyprawę z zamiarem zdobycia zwierząt czystej krwi, które podobno można było kupić tylko bezpośrednio od Beduinów. I rzeczywiście, stał się jedną z najważniejszych postaci związanych z historią hodowli konia arabskiego w Polsce, choć dorobek jego wypraw niemal całkowicie przepadł w Powstaniu Listopadowym i następujących po nim konfiskatach.
Postacią Rzewuskiego zajmowano się już wielokrotnie, i wielokrotnie też apelowano o pogłębienie badań nad pozostawionym przez niego świadectwem. Prawie czterdzieści lat temu, Jan Reychman poświęcił mu rozdział swojej pracy Podróżnicy polscy na Bliskim Wschodzie w XIX wieku (Warszawa 1972), formułując cały szereg pytań i wątpliwości. Choć generalnie wierzył w "autentyczność" przekazanych przez Rzewuskiego danych dotyczących folkloru czy takich kwestii, jak rozmieszczenie i struktura plemion, dziwiło go, iż Polak, pozostawiwszy mapę z trasami swojej rzekomej marszruty po wnętrzu Półwyspu Arabskiego, nie wdawał się w zbyt szczegółowe opisy terenów Nadżdu i Dżabal Szammar. Czyżby nie zdawał sobie sprawy, że w wielu wypadkach mógł być pierwszym Europejczykiem odwiedzającym te słabo wówczas poznane rejony? Powstała mniej więcej w tym samym okresie relacja Sadliera nie była jeszcze wówczas wydana, a na swoich słynnych odkrywców, takich jak Palgrave, Pelly czy Doughty, Arabia miała czekać jeszcze dobre kilkadziesiąt lat. Rzewuski doskonale znał istniejące wówczas opisy Wschodu i przyznawał się, że były dla niego punktem odniesienia; wiele razy powątpiewał też w znalezione w nich informacje, jak choćby donosząc, że nie natrafił na potwierdzenie wyczytanej u Volneya tezy o "wolnej miłości" uprawianej rzekomo przez izmaelitów. Ale z kolei też snute przez samego Rzewuskiego opowieści Reychman uznawał za naiwne i mało krytyczne. Zapewne nie bez racji, bo choćby teza o rzekomej popularności Napoleona wśród Arabów, pokładających w nim nadzieje na wyzwolenie spod jarzma tureckiego, wydaje się dość oczywistą projekcją schematów myślenia typowych dla Polaka tamtej epoki...
Reychman miał całą serię pomysłów badawczych dotyczących Rzewuskiego; trudno mi powiedzieć, czy i na ile zostały one do tej pory zrealizowane. Frapuje mnie choćby myśl o sprawdzeniu autentyczności całej tej leksykalnej skarbnicy dotyczącej konia, jaką zebrał polski "emir". Wiadomo, że w Wiedniu uczył się arabskiego, ale badacz zwraca uwagę nie tylko na naiwność podejmowanych przez niego prób snucia dociekań etymologicznych, lecz także na na fakt, że pismo odręczne Rzewuskiego wydaje się niewyrobione, co może zdradzać dyletantyzm i brak - mimo wszystko - głębszego obycia z arabszczyzną. Czy mimo to zdołał przeprowadzić wnikliwe badanie leksykograficzne, jakim byłby przecież zestawiony przez niego "koński słowniczek"?
Interesuje mnie również zupełnie inny wymiar pism Rzewuskiego, a mianowicie ich wartość jako świadectwa eskapistycznego postrzegania Arabii. Było ono czymś powszechnym w XIX wieku, kiedy wyobraźnia romantyczna wyniosła mieszkańców pustyni do roli figur ucieleśniających niezawisłość, indywidualizm, wierność pierwotnym cnotom. Dzisiaj ten fantazmat już nie funkcjonuje, choć nadal wizja demonicznego Araba może czasem miewać niedwuznacznie Byronowski posmak. Tym niemniej najbardziej niezaprzeczalnym i "autentycznym" - jeśli upieramy się rozmawiać nadal w kategoriach "autentyczności" - aspektem doświadczenia Rzewuskiego było to, że szukał w Arabii przestrzeni dla swojego fantazjowania, dla ucieczki od historycznych dramatów i od niezadowalającej teraźniejszości. Pustynia była dla niego nie miejscem eksploracji, ale swoistego "rośnięcia do wewnątrz". Być może właśnie dlatego tak mało - jak się nam dziś wydaje - opisywał te niezbadane jeszcze tereny. Im bardziej się oddalał od znanego świata, tym bardziej pogrążał się w sobie. Wyczytuję tu ciemniejsze i mniej znane oblicze Europejczyka wobec świata - Europejczyka, który nie oddaje się aż tak namiętnie pasji eksploracyjnej, nie dąży do zawłaszczenia świata, jak to było typowe dla nadchodzącej epoki dominacji kolonialnej, lecz przeciwnie, poddaje się nieznanemu światu, próbuje funkcjonować na dyktowanych przez ten świat warunkach. Arabia również mogła być tym, co Conrad nazwie później jądrem ciemności, miejscem spotkania z najbardziej mroczną i zapoznaną cząstką samego siebie. Rzewuski mnożący na marginesach swoich zapisków jakieś tajemne znaki i symboliczne słowa jest metodycznym eksploratorem własnego szaleństwa, a Arabia stanowi dla niego miejsce oferujące dogodne warunki do wewnętrznego eksperymentu.