Andrzej Kapiszewski, The Changing Middle East. Selected Issues In Politics and Society In the Gulf, Oficyna Wydawnicza AFM, Kraków 2006; 267 s.Książka jest wyborem artykułów mieszczących się pomiędzy polityką a ekonomią, opublikowanych wcześniej w czasopismach. Dotyczą one różnych krajów, od Iraku po Iran i Oman, i omawiają zarówno kwestie demokratyzacji, jak i zjawiska związane z procesami migracji siły roboczej. Autor wychodzi od obiegowej tezy o złych rządach jako przyczynie katastrofalnego stanu krajów arabskich, ale punkt dojścia jest znacznie bardziej wypośrodkowany; autor pisze w istocie o “dramatycznych, bolesnych, lecz w ogólniejszym rozrachunku pozytywnych transformacjach społeczeństw Zatoki”.
Brak wolności politycznej odpowiadającej zachodnim standardom jest tu oczywistością. Kapiszewski śledzi jednak przemiany w ramach konserwatywnych systemów, nastawionych na utrzymanie stabilności za cenę czegoś, co można byłoby uznać za pewien stan politycznego wyciszenia. Wyłania się tu hipoteza ewolucji w kierunku jakiegoś stanu pośredniego, z pewnym zakresem swobód, opierających się jednakże na zupełnie innych mechanizmach niż zachodni model demokracji. Pojawia się tu pytanie, na ile ta rzeczywistość jest prostym przykładem tyranii, a na ile kontynuacją linii rządów opartych na poszukiwaniu konsensusu, jaka wyłoniła się w społeczeństwie tradycyjnym i dysponuje własną logiką i własnymi, dla nas zupełnie obcymi i niezrozumiałymi, modusami działania.
W dwóch esejach Kapiszewski podejmuje na przykład wątek saudyjskiej rady konsultacyjnej, działającej od połowy lat 90. Jest to ciało funkcjonujące na zasadach całkowicie niedemokratycznych, gdyż jej członkowie nie są wyłaniani drogą wyborów, lecz mianowani przez króla, a w dodatku debatujące "na zamówienie" nad wskazanymi problemami. Rozumiana i oceniana w kategoriach pseudo-parlamentu, ta rada prezentowałaby dość żałosny obraz. A jednak badacz dostrzega tu pewien rodzaj reprezentatywności, zarówno pod względem regionalnym (za czym kryje się, jak rozumiem, nader tu istotne kryterium plemienne), jak i pod względem grup interesów - od religijnego establishmentu po przedstawicieli businessu. Wiele wskazuje też na to, że ten system, choć daleki od demokracji, może ewoluować w kierunku jakiejś formy technokracji, rządów specjalistów. Kapiszewski przyznaje, że zebrano tu ludzi uważanych za ekspertów w swoich dziedzinach i podaje, że w 2005, 108 spośród 150 członków rady legitymizowało się doktoratem. Pomijając pytanie, czy rządy specjalistów są istotnie ideałem politycznym, trzeba przyznać, że wyłonienie takiej „rady mędrców” na drodze demokratycznej prawdopodobnie byłoby niemożliwe. Ja osobiście widzę w tym wszystkim dalekie echo głęboko zakorzenionej w cywilizacji arabsko-muzułmańskiej, Platońskiej utopii o przymierzu królów i filozofów, która nie obumarła wraz z rozczarowaniem do tyrana Syrakuz.
Autor śledzi także próby organizowania wyborów, początkowo na poziomie municypalnym. Tłumaczy przy tym, dlaczego wybory mogą być postrzegane, zarówno przez samych Saudyjczyków, jak i przez zewnętrznych obserwatorów, jako zagrożenie dla stabilności. Zasadniczym problemem jest tu powszechne stosowanie kryterium religijnego w ocenie działań i projektów natury politycznej, co może sprawić, że głosowanie w konsekwencji doprowadzi do umocnienia sektorów radykalnych. Normą było dotychczas słabe zainteresowanie wyborami i frekwencja nie sięgająca zwykle ¼ uprawnionych do głosowania. Co więcej, preferowanymi kandydatami są zwykle uczeni muzułmańscy, mogący głosić skądinąd umiarkowane poglądy, ale będący przedstawicielami religii, a nie klasy politycznej. Ta właśnie sfera polityczności nie istnieje w oderwaniu od kwestii religijnych.
Do ciekawych wniosków może prowadzić także omówiony tu przez autora casus związany z rijadzkim zwycięstwem islamistów w 2005. To właśnie przegrani kandydaci stosowali w tych wyborach metody działania znane w świecie zachodnim (ogłoszenia w prasie, plakaty wyborcze, otwarte spotkania z wyborcami), natomiast zwycięzcy zręcznie wykorzystali środki elektroniczne, takie jak Internet i rozsyłane masowo smsy. Może to świadczyć, jak sądzę, o braku akceptacji dla polityczności rozgrywającej się “na ulicy”, w otwartej przestrzeni publicznej. Pojawia się pytanie o miejsce, o to
gdzie ta polityczność ma się umiejscowić, aby mogła być zaakceptowana. Być może wiąże się ona z przestrzenią prywatną, z zamkniętym kręgiem solidaryzujących się między sobą mężczyzn, być może wymaga przestrzeni uświęconej, dziedzińca meczetu, i może zaistnieć tylko w ramach swoistej rytualizacji. Degradujący, zbyt publiczny charakter “ulicy” czy placu miejskiego nie sprzyja tu, jak się wydaje, skutecznej polityczności. Dogłębne zrozumienie znaczenia, jakie mają w kulturze arabskiej konsekwencje ścisłego rozdzielenia kategorii tego, co publiczne i tego co prywatne wydaje mi się kluczem do wielu zagadnień. Co oczywiste w tym kontekście, to rozgraniczenie nie przebiega równolegle do tego, co znamy z tradycji cywilizacji zachodniej, gdzie polityczność łączy się w nierozerwalny, z pozoru jedyny logiczny sposób z przestrzenią publiczną, z agorą. Czy można pomyśleć o polityczności niepublicznej? Zwycięzcy wyborów z Rijadu najwyraźniej taką polityczność odkryli, osiągając sukces wyborczy za pomocą tak prywatnego, niemalże intymnego medium, jak telefon komórkowy.
Wolność, zwłaszcza w wymiarze politycznym, ma z pewnością odmienny sens i miejsce w hierarchii wartości społeczeństw, które nie przeżyły nowoczesności jako epoki i jako pewnego stanu mentalnego. Trzeba też pamiętać, że polityczność jest wynikiem konieczności zmierzenia się człowieka z trudnościami i zewnętrznymi zagrożeniami. Dopóki tych trudności nie ma lub daje się je znieść, pokusa życia bez polityki może być bardzo silna; ulega jej zresztą wiele ponowoczesnych społeczeństw sytości, w których aspiracja uczestnictwa w sprawach publicznych staje się coraz mniej powszechna. A współczesne społeczeństwa Zatoki są właśnie społeczeństwami sytości, mimo problemów, takich jak choćby dostrzegane tu przez Kapiszewskiego trudności z wpisaniem się młodej populacji lokalnej w rynek pracy zdominowany przez tańszą, migrującą siłę roboczą. Tymczasem, jak wszystkim ludziom bogatym, zależy im zapewne o wiele bardziej na utrzymaniu status quo niż na zmianie obecnej sytuacji. Polityczność jest w istocie obciążona ogromnym ryzykiem. Kapiszewski zwraca uwagę na to, że “demokratyzacja może nie przynieść natychmiastowo bardziej pokojowego i stabilnego ustroju”, a reformy polityczne mogą poważnie destabilizować, tym bardziej, że opozycja jest w znacznym stopniu zakorzeniona w ruchach fundamentalnych, opiera się na religijnym obowiązku buntowania się przeciwko niesprawiedliwej czy skorumpowanej władzy. Przyjmowanie w świecie zachodnim fałszywej, choć mającej szeroki obieg tezy, że to właśnie islam prowadzi do politycznej apatii i marazmu, może się okazać bardzo zawodne.
Wbrew dość powszechnym sądom, Arabia nie stanowi zasklepionego w sobie świata poza czasem. Przeciwnie, tkwi w samym środku głównego nurtu globalizacji. Leży na rozdrożu, silnie powiązana zarówno ze światem zachodnim, jak z Azją i basenem Oceanu Indyjskiego. Jest zalewana przez fale migrującej siły roboczej i zapewne głęboko od niej zależna, zarówno na poziomie pracy niewykwalifikowanej, jak i wysoko wyspecjalizowanej. Skala imigracji na Półwyspie Arabskim jest niemalże niewyobrażalna dla Europejczyka: w Qatarze i UAE sięga 90%, a Kapiszewski mówi wręcz o “dearabizacji rynku pracy“. Czyż potrafimy wyobrazić sobie paryskie metro, w którym na dziewięciu imigrantów przypadałby tylko jeden Francuz, albo dyskusję o “degallicyzacji” czy “degermanizacji” rynku pracy? Przypuszczalnie Europa jest jednak zbyt ludna, aby takie scenariusze kiedykolwiek mogły się zrealizować w dosłownym sensie. Co innego dzieje się na słabo zaludnionych w przeszłości terenach pustynnych. Mówienie o migracjach przybiera tu zupełnie inny sens. Książka Kapiszewskiego z pewnością pomaga zbliżyć się do zrozumienia tych wszystkich szczególnych okoliczności, jakie składają się na współczesny pejzaż krajów Zatoki.