niedziela, 28 listopada 2010

Bakalarz, Polaków odkrywanie Arabii Saudyjskiej

Agnieszka Bakalarz, Polaków odkrywanie Arabii Saudyjskiej, Księgarnia Akademicka, Kraków 2005, 222 s.


W dzisiejszej świadomości polskiej Arabia Saudyjska jest chyba największą czarną dziurą na mapie świata. Widziana przez pryzmat łzawych stereotypów dotyczących rzekomo straszliwego traktowania kobiet w tym kraju i tym podobnych wątków, jest, niczym czarne dziury w kosmosie, miejscem, z którego teoretycznie się nie powraca. Te będące u nas w obiegu wyobrażenia dość daleko odbiegają od świadomości mieszkańców trochę zamożniejszych krajów europejskich, którzy Saudyjczyków widują na co dzień pod postacią studentów, turystów, zamożnych rezydentów. Na ogół zresztą Saudyjczycy wydają się niemal przezroczyści. Nie mając kłopotów z własną tożsamością, nie czując zagrożenia jej utraty, bez przeszkód i oporów dostrajają się do lokalnych obyczajów. Zazwyczaj sprawiają zdecydowanie mniej kłopotów niż inni Arabowie. Golą brody, piją jak smoki i przywiązują wielką wagę do tego, by nie odbiegać strojem od standardów przyjętych w danym otoczeniu. W hiszpańskiej Marbelli wylegują się na leżakach nad brzegami basenów, w Szwajcarii chodzą jak w zegarku.
U nas to się dopiero zaczyna. Pojawiają się zaledwie pierwsi studenci i pierwsi inwestorzy, których zresztą w polskim biznesie nierzadko wita się ze źle ukrywaną podejrzliwością. Aż trudno nieraz uwierzyć, że Polska ma tak dawną i tak w gruncie rzeczy rozległą tradycję kontaktów z Arabią. Stąd też książka Agnieszki Bakalarz to i owo pozwala sobie uświadomić. Nie tylko to, od jak dawna trwają kontakty w rodzaju pielgrzymek polskich Tatarów do Mekki, nie tylko to, że Polacy mają swój wkład w dzieje europejskiej eksploracji Arabii, ale nawet sam fakt, że w ogóle utrzymujemy z Arabią Saudyjską stosunki dyplomatyczne. W świadomości wielu Polaków jest to kraj wrogi. A przecież bywało zarówno w okresie międzywojennym, kiedy Arabia Saudyjska dopiero powstawała jako państwo, bywało i w ostatnich latach coś takiego, jak wzajemne wizyty na najwyższym szczeblu - słabo odnotowane w mediach, pozbawione echa, mimo iż kraje Zatoki Perskiej należą obecnie do grona kluczowych uczestników światowej gry ekonomicznej.
Ta paradoksalna sytuacja poznawania i odkrywania - o którym mówi cała książka Agnieszki Bakalarz -, a zarazem głębokiej nieznajomości i poczucia obcości, jakie dają się wyraźnie wyczuć w aktualnej świadomości polskiej względem Arabii daje się być może do pewnego stopnia wytłumaczyć. W okresie PRL-owskim Polacy mieli okazję zaznajomić się z niektórymi krajami arabskimi, takimi jak Egipt czy Irak. Gościliśmy nawet liczne rzesze libijskich studentów. Ale w tym samym czasie Arabia starała się izolować od państw Układu Warszawskiego, próbując uniknąć możliwych inspiracji ideologicznych płynących z tego kierunku. Z kolei w okresie post-PRL-owskim nasze obcowanie ze światem arabskim opiera się przede wszystkim na ruchu turystycznym. Polacy są obeznani po raz wtóry z Egiptem, a w dalszej kolejności z Tunezją, Marokiem, Jordanią. Ci zamożniejsi znają wykwintny smak Emiratów. Ale tu raz jeszcze Arabia Saudyjska, kraj bez turystyki (pomijając oczywiście ruch pielgrzymkowy), leży niemal całkowicie poza horyzontem poznania. Tak więc kwestia "Polaków odkrywania" pozostaje nadal otwarta. I pewnie nieprędko się domknie.

sobota, 6 marca 2010

Zdanowski, Arabia Saudyjska

Jerzy Zdanowski, Arabia Saudyjska, Wydawnictwo ASKON, Warszawa 2004, 344 s.

Ta książka z obfitego dorobku Zdanowskiego jest pomyślana bardziej jako podręcznik czy wręcz książka popularna, niż jako rozprawa naukowa. Zasadniczo stanowi prześledzenie historii Arabii od momentu wystąpienia Muhammada Ibn Abd al-Wahhaba, ujętej, jeśli chodzi o pierwsze trzy rozdziały, w dużym stopniu analogicznie do wcześniejszej pracy Emiraty wahhabickie (1993). Nowością jest tu dociągnięcie tej historii bliżej współczesności, aż do panowania Fahda, co wypełnia pozostałe pięć rozdziałów. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się historia polityczna, choć nieco miejsca poświęcono też kwestiom gospodarczym, a nawet zwykłym ciekawostkom, znajdującym miejsce w ramkach na marginesach książki. Jest na przykład ramka syntetyzująca dzieje stosunków dyplomatycznych między Polską a Arabią Saudyjską, ale też i ramka gastronomiczna, gdzie można wyczytać następującą definicję: "Kuchnia saudyjska - zróżnicowana regionalnie; wpływy Indii, Afryki, Azji Środkowej i Lewantu" (niżej opisano kilka typowych potraw, wśród których - na co zwracam szczególną uwagę - nieobecna jest kabsah).
Wróćmy jednak od kuchni do spraw poważnych. Uderza mnie w tej książce już sama konstrukcja wprowadzenia. Chociaż historia Arabii w ujęciu Zdanowskiego zaczyna się w XVIII wieku, część wstępna wywodzi ją z czasów prehistorycznych. Sporo mówi się tu o wędrówkach dawnych Semitów, o Nabatejczykach i o królestwach Arabii Południowej, a nawet o pęknięciu tamy w 570 n.e. Ale nawet słowem nie wspomina się o Mahomecie i ekspansji islamu. To nie tutaj szuka się momentu początkowego, założycielskiego. Co ciekawe, Mahomet, gdy pojawi się wreszcie na kartach tej książki, nie będzie sam, ale w towarzystwie swojego konkurenta Al-Musajlimy, popularnego w plemieniu Banu Hanifa. Nie mam tego za złe autorowi, raczej widzę w tym odbicie swoistego signum temporis, jakim jest coraz silniejsze zakorzenienie arabskiej tożsamości w starożytnym świecie sprzed islamu, nie w jednolitej tożsamości religijnej, lecz w wielorakim świecie plemiennym, stanowiącym nieprzerwaną linię łączącą tę zamierzchłą przeszłość Himjarytów i Kindów z czasami obecnymi. Zgadzam się z tym, nie wyrażonym co prawda przez Zdanowskiego explicite poglądem, że historia i tożsamość współczesnych mieszkańców Arabii Saudyjskiej nie zaczyna się od hidżry, lecz korzeni się w zamierzchłej przeszłości plemion. Jest w związku z tym historią wieloraką, co też zostało dostrzeżone już w nakreślonym tu stanie badań, gdzie wspomina się m.in. o saudyjskich pracach poświęconych historii poszczególnych grup i regionów. Ten szczegół, z pozoru marginesowy, jest istotny dla zrozumienia podstawowego faktu, a mianowicie tego, że współczesnej Arabii nie należy sztucznie naginać do kategorii narodowych. Inna jest tu logika opowieści o własnych dziejach, inny mechanizm legitymizacji władzy, inne przesłanki zbiorowego działania. Saudyjczycy nie są narodem i nie działają jak naród. Pozostaje tu do rozważenia, czym wobec tego są i w jakich kategoriach należy ich opisywać.
Zwyczajowo stosuje się wobec nich etykietkę tożsamości religijnej i utożsamia się ich z "wahhabitami". Jednakże i to jest moim zdaniem fałszywą ścieżką, co Zdanowski daje odczuć w wielu momentach. Już z wcześniejszej pracy Emiraty wahhabickie wyłaniała się wizja wahhabizmu jako czegoś określonego przez stan społeczeństwa cechujący pewien moment historyczny. Wahhabizm był wyrazisty tylko na tle "dezislamizacji" Arabów w mrocznych czasach przypadających na XVII czy XVIII wiek, wyrażał pewne poczucie utraty ciągłości, miewał wydźwięk antyturecki czy antyperski. Dziś wydaje mi się często pojęciem anachronicznym, zwłaszcza gdy stosuje się je bezrefleksyjnie, tak jakby Saudyjczycy byli wahhabitami na podobnej zasadzie, jak pewne narody europejskie są anglikanami, protestantami czy katolikami. Tymczasem bycie wahhabitą co najwyżej epizodycznie bywało tożsamością i na ogół nie jest nią teraz, chyba, że wtórnie nabierze takiej wartości jako zarzucona z zewnątrz etykietka. W tym sensie mówienie i pisanie o wahhabitach kreuje współczesnych wahhabitów, co może się okazać procesem o nieprzewidywalnych konsekwencjach.

wtorek, 2 marca 2010

Kapiszwski, The Changing Middle East

Andrzej Kapiszewski, The Changing Middle East. Selected Issues In Politics and Society In the Gulf, Oficyna Wydawnicza AFM, Kraków 2006; 267 s.

Książka jest wyborem artykułów mieszczących się pomiędzy polityką a ekonomią, opublikowanych wcześniej w czasopismach. Dotyczą one różnych krajów, od Iraku po Iran i Oman, i omawiają zarówno kwestie demokratyzacji, jak i zjawiska związane z procesami migracji siły roboczej. Autor wychodzi od obiegowej tezy o złych rządach jako przyczynie katastrofalnego stanu krajów arabskich, ale punkt dojścia jest znacznie bardziej wypośrodkowany; autor pisze w istocie o “dramatycznych, bolesnych, lecz w ogólniejszym rozrachunku pozytywnych transformacjach społeczeństw Zatoki”.
Brak wolności politycznej odpowiadającej zachodnim standardom jest tu oczywistością. Kapiszewski śledzi jednak przemiany w ramach konserwatywnych systemów, nastawionych na utrzymanie stabilności za cenę czegoś, co można byłoby uznać za pewien stan politycznego wyciszenia. Wyłania się tu hipoteza ewolucji w kierunku jakiegoś stanu pośredniego, z pewnym zakresem swobód, opierających się jednakże na zupełnie innych mechanizmach niż zachodni model demokracji. Pojawia się tu pytanie, na ile ta rzeczywistość jest prostym przykładem tyranii, a na ile kontynuacją linii rządów opartych na poszukiwaniu konsensusu, jaka wyłoniła się w społeczeństwie tradycyjnym i dysponuje własną logiką i własnymi, dla nas zupełnie obcymi i niezrozumiałymi, modusami działania.
W dwóch esejach Kapiszewski podejmuje na przykład wątek saudyjskiej rady konsultacyjnej, działającej od połowy lat 90. Jest to ciało funkcjonujące na zasadach całkowicie niedemokratycznych, gdyż jej członkowie nie są wyłaniani drogą wyborów, lecz mianowani przez króla, a w dodatku debatujące "na zamówienie" nad wskazanymi problemami. Rozumiana i oceniana w kategoriach pseudo-parlamentu, ta rada prezentowałaby dość żałosny obraz. A jednak badacz dostrzega tu pewien rodzaj reprezentatywności, zarówno pod względem regionalnym (za czym kryje się, jak rozumiem, nader tu istotne kryterium plemienne), jak i pod względem grup interesów - od religijnego establishmentu po przedstawicieli businessu. Wiele wskazuje też na to, że ten system, choć daleki od demokracji, może ewoluować w kierunku jakiejś formy technokracji, rządów specjalistów. Kapiszewski przyznaje, że zebrano tu ludzi uważanych za ekspertów w swoich dziedzinach i podaje, że w 2005, 108 spośród 150 członków rady legitymizowało się doktoratem. Pomijając pytanie, czy rządy specjalistów są istotnie ideałem politycznym, trzeba przyznać, że wyłonienie takiej „rady mędrców” na drodze demokratycznej prawdopodobnie byłoby niemożliwe. Ja osobiście widzę w tym wszystkim dalekie echo głęboko zakorzenionej w cywilizacji arabsko-muzułmańskiej, Platońskiej utopii o przymierzu królów i filozofów, która nie obumarła wraz z rozczarowaniem do tyrana Syrakuz.
Autor śledzi także próby organizowania wyborów, początkowo na poziomie municypalnym. Tłumaczy przy tym, dlaczego wybory mogą być postrzegane, zarówno przez samych Saudyjczyków, jak i przez zewnętrznych obserwatorów, jako zagrożenie dla stabilności. Zasadniczym problemem jest tu powszechne stosowanie kryterium religijnego w ocenie działań i projektów natury politycznej, co może sprawić, że głosowanie w konsekwencji doprowadzi do umocnienia sektorów radykalnych. Normą było dotychczas słabe zainteresowanie wyborami i frekwencja nie sięgająca zwykle ¼ uprawnionych do głosowania. Co więcej, preferowanymi kandydatami są zwykle uczeni muzułmańscy, mogący głosić skądinąd umiarkowane poglądy, ale będący przedstawicielami religii, a nie klasy politycznej. Ta właśnie sfera polityczności nie istnieje w oderwaniu od kwestii religijnych.
Do ciekawych wniosków może prowadzić także omówiony tu przez autora casus związany z rijadzkim zwycięstwem islamistów w 2005. To właśnie przegrani kandydaci stosowali w tych wyborach metody działania znane w świecie zachodnim (ogłoszenia w prasie, plakaty wyborcze, otwarte spotkania z wyborcami), natomiast zwycięzcy zręcznie wykorzystali środki elektroniczne, takie jak Internet i rozsyłane masowo smsy. Może to świadczyć, jak sądzę, o braku akceptacji dla polityczności rozgrywającej się “na ulicy”, w otwartej przestrzeni publicznej. Pojawia się pytanie o miejsce, o to gdzie ta polityczność ma się umiejscowić, aby mogła być zaakceptowana. Być może wiąże się ona z przestrzenią prywatną, z zamkniętym kręgiem solidaryzujących się między sobą mężczyzn, być może wymaga przestrzeni uświęconej, dziedzińca meczetu, i może zaistnieć tylko w ramach swoistej rytualizacji. Degradujący, zbyt publiczny charakter “ulicy” czy placu miejskiego nie sprzyja tu, jak się wydaje, skutecznej polityczności. Dogłębne zrozumienie znaczenia, jakie mają w kulturze arabskiej konsekwencje ścisłego rozdzielenia kategorii tego, co publiczne i tego co prywatne wydaje mi się kluczem do wielu zagadnień. Co oczywiste w tym kontekście, to rozgraniczenie nie przebiega równolegle do tego, co znamy z tradycji cywilizacji zachodniej, gdzie polityczność łączy się w nierozerwalny, z pozoru jedyny logiczny sposób z przestrzenią publiczną, z agorą. Czy można pomyśleć o polityczności niepublicznej? Zwycięzcy wyborów z Rijadu najwyraźniej taką polityczność odkryli, osiągając sukces wyborczy za pomocą tak prywatnego, niemalże intymnego medium, jak telefon komórkowy.
Wolność, zwłaszcza w wymiarze politycznym, ma z pewnością odmienny sens i miejsce w hierarchii wartości społeczeństw, które nie przeżyły nowoczesności jako epoki i jako pewnego stanu mentalnego. Trzeba też pamiętać, że polityczność jest wynikiem konieczności zmierzenia się człowieka z trudnościami i zewnętrznymi zagrożeniami. Dopóki tych trudności nie ma lub daje się je znieść, pokusa życia bez polityki może być bardzo silna; ulega jej zresztą wiele ponowoczesnych społeczeństw sytości, w których aspiracja uczestnictwa w sprawach publicznych staje się coraz mniej powszechna. A współczesne społeczeństwa Zatoki są właśnie społeczeństwami sytości, mimo problemów, takich jak choćby dostrzegane tu przez Kapiszewskiego trudności z wpisaniem się młodej populacji lokalnej w rynek pracy zdominowany przez tańszą, migrującą siłę roboczą. Tymczasem, jak wszystkim ludziom bogatym, zależy im zapewne o wiele bardziej na utrzymaniu status quo niż na zmianie obecnej sytuacji. Polityczność jest w istocie obciążona ogromnym ryzykiem. Kapiszewski zwraca uwagę na to, że “demokratyzacja może nie przynieść natychmiastowo bardziej pokojowego i stabilnego ustroju”, a reformy polityczne mogą poważnie destabilizować, tym bardziej, że opozycja jest w znacznym stopniu zakorzeniona w ruchach fundamentalnych, opiera się na religijnym obowiązku buntowania się przeciwko niesprawiedliwej czy skorumpowanej władzy. Przyjmowanie w świecie zachodnim fałszywej, choć mającej szeroki obieg tezy, że to właśnie islam prowadzi do politycznej apatii i marazmu, może się okazać bardzo zawodne.
Wbrew dość powszechnym sądom, Arabia nie stanowi zasklepionego w sobie świata poza czasem. Przeciwnie, tkwi w samym środku głównego nurtu globalizacji. Leży na rozdrożu, silnie powiązana zarówno ze światem zachodnim, jak z Azją i basenem Oceanu Indyjskiego. Jest zalewana przez fale migrującej siły roboczej i zapewne głęboko od niej zależna, zarówno na poziomie pracy niewykwalifikowanej, jak i wysoko wyspecjalizowanej. Skala imigracji na Półwyspie Arabskim jest niemalże niewyobrażalna dla Europejczyka: w Qatarze i UAE sięga 90%, a Kapiszewski mówi wręcz o “dearabizacji rynku pracy“. Czyż potrafimy wyobrazić sobie paryskie metro, w którym na dziewięciu imigrantów przypadałby tylko jeden Francuz, albo dyskusję o “degallicyzacji” czy “degermanizacji” rynku pracy? Przypuszczalnie Europa jest jednak zbyt ludna, aby takie scenariusze kiedykolwiek mogły się zrealizować w dosłownym sensie. Co innego dzieje się na słabo zaludnionych w przeszłości terenach pustynnych. Mówienie o migracjach przybiera tu zupełnie inny sens. Książka Kapiszewskiego z pewnością pomaga zbliżyć się do zrozumienia tych wszystkich szczególnych okoliczności, jakie składają się na współczesny pejzaż krajów Zatoki.

czwartek, 11 lutego 2010

Majda, Podróż do Arabii

Tadeusz Majda (oprac.), Podróż do Arabii : o koniach kohejlanach, beduinach i przygodach w Arabii (na podstawie rękopisu Wacława Seweryna Rzewuskiego Sur les chevaux orientaux et provenants des races orientales), Biblioteka Narodowa, Warszawa 2004, 111 s.

Album wydany przez Bibliotekę Narodową zawiera kilkadziesiąt barwnych reprodukcji rysunków z rękopisu Rzewuskiego, poprzedzonych kilkustronicowym wprowadzeniem traktującym o jego wyprawie sięgającej aż w głąb Nadżdu, napisanym przez Tadeusza Majdę.
Legenda Wacława Rzewuskiego (1785-1831?) wplotła się w historię polskiego romantyzmu tak silnie, że dziś już właściwie nie sposób pamiętać o tym, że prawie wszystko w niej było - według wszelkiego prawdopodobieństwa - zmyśleniem. Rzewuski zapewne wcale nie był emirem "wszystkich Arabów", ani nawet samej tylko konfederacji Anizów. Wątpliwa jest także jego miłosna relacja z ową ekscentryczną angielską damą, zamieszkującą opustoszały klasztor maronicki, która w swoich pamiętnikach zaledwie raz wspomina o spotkaniu z Polakiem. Nic pewnie nie znaczą (chyba, że dla samego ich twórcy) tajemne znaki, słowa i symbole, jakie umieścił na rysunkach ilustrujących jego rękopis. Cała wyprawa w głąb Arabii po konie, jaką odbył w 1817, rozgrywała się gdzieś na pograniczu rzeczywistości i snu, fantazji, może mitomanii. Zapewne zastał kraj w ruinie, wyniszczony przez egipską ekspedycję pod wodzą Ibrahima Paszy, wymierzoną przeciwko wahhabitom. Jednak pozostawione przez niego świadectwo właściwie o tym nie mówi, a Arabia nadal sprawia wrażenie na wpół fantastycznej krainy leżącej poza czasem i poza historią.

Tym niemniej proste, niemal naiwne rysunki z rękopisu znajdującego się w Bibliotece Narodowej mają swoistą aurę autentyzmu. To, co wydaje się na nich nieprawdopodobne, jak nagi młodzian towarzyszący parze Beduinów, miesza się ze zmysłem obserwacji kostiumologicznego detalu czy wnikliwością filologa odnotowującego arabskie nazwy najdrobniejszych szczegółów końskiej anatomii.
Bo o konie przede wszystkim tu przecież chodziło. Rzewuski udał się w daleką wyprawę z zamiarem zdobycia zwierząt czystej krwi, które podobno można było kupić tylko bezpośrednio od Beduinów. I rzeczywiście, stał się jedną z najważniejszych postaci związanych z historią hodowli konia arabskiego w Polsce, choć dorobek jego wypraw niemal całkowicie przepadł w Powstaniu Listopadowym i następujących po nim konfiskatach.
Postacią Rzewuskiego zajmowano się już wielokrotnie, i wielokrotnie też apelowano o pogłębienie badań nad pozostawionym przez niego świadectwem. Prawie czterdzieści lat temu, Jan Reychman poświęcił mu rozdział swojej pracy Podróżnicy polscy na Bliskim Wschodzie w XIX wieku (Warszawa 1972), formułując cały szereg pytań i wątpliwości. Choć generalnie wierzył w "autentyczność" przekazanych przez Rzewuskiego danych dotyczących folkloru czy takich kwestii, jak rozmieszczenie i struktura plemion, dziwiło go, iż Polak, pozostawiwszy mapę z trasami swojej rzekomej marszruty po wnętrzu Półwyspu Arabskiego, nie wdawał się w zbyt szczegółowe opisy terenów Nadżdu i Dżabal Szammar. Czyżby nie zdawał sobie sprawy, że w wielu wypadkach mógł być pierwszym Europejczykiem odwiedzającym te słabo wówczas poznane rejony? Powstała mniej więcej w tym samym okresie relacja Sadliera nie była jeszcze wówczas wydana, a na swoich słynnych odkrywców, takich jak Palgrave, Pelly czy Doughty, Arabia miała czekać jeszcze dobre kilkadziesiąt lat. Rzewuski doskonale znał istniejące wówczas opisy Wschodu i przyznawał się, że były dla niego punktem odniesienia; wiele razy powątpiewał też w znalezione w nich informacje, jak choćby donosząc, że nie natrafił na potwierdzenie wyczytanej u Volneya tezy o "wolnej miłości" uprawianej rzekomo przez izmaelitów. Ale z kolei też snute przez samego Rzewuskiego opowieści Reychman uznawał za naiwne i mało krytyczne. Zapewne nie bez racji, bo choćby teza o rzekomej popularności Napoleona wśród Arabów, pokładających w nim nadzieje na wyzwolenie spod jarzma tureckiego, wydaje się dość oczywistą projekcją schematów myślenia typowych dla Polaka tamtej epoki...
Reychman miał całą serię pomysłów badawczych dotyczących Rzewuskiego; trudno mi powiedzieć, czy i na ile zostały one do tej pory zrealizowane. Frapuje mnie choćby myśl o sprawdzeniu autentyczności całej tej leksykalnej skarbnicy dotyczącej konia, jaką zebrał polski "emir". Wiadomo, że w Wiedniu uczył się arabskiego, ale badacz zwraca uwagę nie tylko na naiwność podejmowanych przez niego prób snucia dociekań etymologicznych, lecz także na na fakt, że pismo odręczne Rzewuskiego wydaje się niewyrobione, co może zdradzać dyletantyzm i brak - mimo wszystko - głębszego obycia z arabszczyzną. Czy mimo to zdołał przeprowadzić wnikliwe badanie leksykograficzne, jakim byłby przecież zestawiony przez niego "koński słowniczek"?
Interesuje mnie również zupełnie inny wymiar pism Rzewuskiego, a mianowicie ich wartość jako świadectwa eskapistycznego postrzegania Arabii. Było ono czymś powszechnym w XIX wieku, kiedy wyobraźnia romantyczna wyniosła mieszkańców pustyni do roli figur ucieleśniających niezawisłość, indywidualizm, wierność pierwotnym cnotom. Dzisiaj ten fantazmat już nie funkcjonuje, choć nadal wizja demonicznego Araba może czasem miewać niedwuznacznie Byronowski posmak. Tym niemniej najbardziej niezaprzeczalnym i "autentycznym" - jeśli upieramy się rozmawiać nadal w kategoriach "autentyczności" - aspektem doświadczenia Rzewuskiego było to, że szukał w Arabii przestrzeni dla swojego fantazjowania, dla ucieczki od historycznych dramatów i od niezadowalającej teraźniejszości. Pustynia była dla niego nie miejscem eksploracji, ale swoistego "rośnięcia do wewnątrz". Być może właśnie dlatego tak mało - jak się nam dziś wydaje - opisywał te niezbadane jeszcze tereny. Im bardziej się oddalał od znanego świata, tym bardziej pogrążał się w sobie. Wyczytuję tu ciemniejsze i mniej znane oblicze Europejczyka wobec świata - Europejczyka, który nie oddaje się aż tak namiętnie pasji eksploracyjnej, nie dąży do zawłaszczenia świata, jak to było typowe dla nadchodzącej epoki dominacji kolonialnej, lecz przeciwnie, poddaje się nieznanemu światu, próbuje funkcjonować na dyktowanych przez ten świat warunkach. Arabia również mogła być tym, co Conrad nazwie później jądrem ciemności, miejscem spotkania z najbardziej mroczną i zapoznaną cząstką samego siebie. Rzewuski mnożący na marginesach swoich zapisków jakieś tajemne znaki i symboliczne słowa jest metodycznym eksploratorem własnego szaleństwa, a Arabia stanowi dla niego miejsce oferujące dogodne warunki do wewnętrznego eksperymentu.

wtorek, 5 stycznia 2010

Zdanowski, Emiraty wahhabickie

Jerzy Zdanowski, Emiraty wahhabickie. Z dziejów Arabii w latach 1745-1932, Semper, Warszawa 1993, 280 s.

Zasadniczym celem naukowym, jaki stawia sobie Zdanowski w tej pracy jest prześledzenie procesu prowadzącego od plemienia do państwa. Ujęcie musi więc być podwójne, z jednej strony koncentrujące się na historii politycznej, a z drugiej strony na strukturach antropologicznych i podstawach bytowania, jakie warunkują przebieg wydarzeń. Znajduje to odzwierciedlenie w kompozycji książki, która składa się z dwóch części, zatytułowanych „Historia” i „Struktury”.
W pierwszej z nich można znaleźć omówienie całego ciągu wydarzeń, jakie doprowadziły w konsekwencji do powstania państwa rządzonego przez dynastię Saudów. Wychodząc więc od wystąpienia Muhammada Ibn Abd al-Wahhaba i jego sojuszu z Al-Sa’udami, Zdanowski omawia więc dzieje emiratu dir’ijjskiego (1774-1818), a następnie pierwszego (1843-1887) i drugiego (1902-1932) emiratu rijadzkiego, z przerwą wynikającą z dominacji Szammarów.
Jeszcze ciekawsza jest część druga, omawiająca szczegóły organizacji rodowo-plemiennej oraz podstawy bytowe ludności, powiązane z trudnymi warunkami naturalnymi Półwyspu Arabskiego. Ostatnie rozdziały omawiają kwestie związane z legitymizacją władzy, od jej podstaw w tradycyjnych strukturach solidarności i porządku konsensualnym, aż do uznania przez obce mocarstwa.
Materiałem badawczym, jaki został tu wykorzystany, są istniejące kroniki arabskie, a także bardzo obszerny wybór relacji podróżników europejskich.
Ważną częścią książki są różne indeksy, listy emirów z rodu Sa’udów i Raszidów, szczegółowe mapki, a także bibliografia.

Besson, La fondation du Royaume d'Arabie Saoudite

Yves Besson, La fondation du Royaume d’Arabie Saoudite. Essai sur la stratégie d’Abdul ’Aziz Ibn ’Abdul Rahman Al Sa’ud, Editions des Trois Continents, Lausanne 1980, 284 s.


Rozprawa doktorska Bessona z zakresu nauk politycznych, opublikowana w 1980, stanowi bardzo rzetelne studium przedstawiające proces powstawania państwa saudyjskiego, obejmujący w przybliżeniu pierwszą ćwierć XX wieku. Praca podzielona jest na cztery części. Pierwsza z nich przedstawia sylwetkę emira Rijadu, wyjaśniając charakter i źródła jego władzy, a następnie cele i możliwości, jakie rysowały się przed nim około roku 1902.
Kontekst, w którym poruszał się nowy władca wyznaczały wówczas dwa imperia: tureckie i brytyjskie. Można więc było szukać zbliżenia z którymś z nich, lub przeciwnie, postawić na politykę izolacji i bezwzględnej niezależności. ‘Abdul ‘Aziz realizował naprzemiennie wszystkie te strategie, szukając w latach 1902-1914 porozumienia z Wielką Brytanią, ale i zbliżając się w 1904-1905 do Turcji. Właśnie rozgrywki polityczne i negocjowane traktaty, bardziej niż działania militarne czy ruchy ideologiczne, stanowią aspekt, na którym skupia się zaproponowany przez Bensona ogląd.
Podobnie, przede wszystkim w perspektywie politycznej, widziany jest ruch Ichwan, który wkracza na arenę w drugiej części książki. Działalność jego „misjonarzy” (mutawwa), w przedstawionym tu ujęciu, zmierza do wywołania głębokiej przemiany struktury społecznej, polegającej na rozbiciu tradycyjnej lojalności plemiennej i położeniu w ten sposób podwalin dla państwowości. Mutawwa nakłaniają więc Beduinów do sedentaryzacji, jednocześnie zastępując sojusze klanowe nową, ponadplemienną koncepcją solidarności.
Wreszcie przełomowym wydarzeniem jest podpisanie w 1915 traktatu z Wielką Brytanią, niosącego ze sobą wymierne korzyści, ale i koszty w obliczu konfliktu turecko-brytyjskiego. Okres następujący bezpośrednio po I wojnie światowej, omówiony w trzeciej części książki, wyznaczają kolejne zdobycze: Asiru i Dżabal Szammar, a następnie Hidżazu, a także konflikt z kuwejckim emirem Salimem. Wreszcie ostatnia część jest poświecona stabilizacji i konsolidacji państwa, które zyskuje uznanie na arenie międzynarodowej po traktacie z Dżeddy.
Istotnym materiałem badawczym, jaki posłużył do napisania tego studium są zbiory korespondencji i dokumentów publicznych wydanych przez ‘Abdul ‘Aziza, znajdujące się w instytucie „Dara Al Malik Abdul Aziz”, a także obszerna dokumentacja znajdująca się w państwowych i prywatnych archiwach brytyjskich. Badacz powołuje się ponadto na źródła ustne w postaci wywiadów przeprowadzonych z różnymi osobistościami, m.in. uczestnikami życia na dworze saudyjskim.
Uzupełnieniem książki są aneksy zawierające teksty traktatów saudyjsko-brytyjskich z 1915 i 1927 roku, bibliografia oraz mapki, obrazujące m.in. dość dokładnie rozmieszczenie poszczególnych plemion w omawianym okresie historii.